perspektywy

wywiady

Zawsze potrzebujemy uśmiechu – wywiad z Arturem Andrusem

Fot. Honorata KarapudaRecital kabaretowy Artura Andrusa rozpoczyna się od piosenki pod tytułem „Nie zaczynaj”. Puenta jest następująca: nieudany początek wcale nie zwiastuje złego zakończenia. „Nie zaczynaj! Szkoda czasu! Nie wywołuj wilka z lasu!”. No cóż, rozmowę trzeba od czegoś zacząć...

Fot. Honorata Karapuda

Na początku muszę zaznaczyć, że świadomość rozmowy z Mistrzem Mowy Polskiej jest bardzo stresująca.

Nie ma się co tym przejmować! Mistrz Mowy Polskiej też popełnia błędy językowe. Gdyby ich nie popełniał, to znaczyłoby, że jest cyborgiem. A ja mam nadzieję nim nie być. Niech każdy używa języka najlepiej, jak potrafi i to wystarczy.

Miłe słowa otuchy! Zawsze miałam wrażenie, że artystom łatwiej wzruszyć niż rozbawić publiczność...

To właśnie ci, którzy wzruszają, mówią, że rozbawianie jest trudniejsze, a ci, którzy rozbawiają, mówią, że trudniej jest wzruszać. Czasami łatwiejsze jest jedno, a czasami drugie. To zależy od okoliczności, w jakich się znajdziemy i od publiczności, która przyjdzie na występ.

Jak ocenia Pan to, co teraz dzieje się na rozrywkowej scenie? Bo dzieje się bardzo dużo.

To dowód na to, że ludzie chcą się śmiać i szukają okazji, aby obejrzeć coś z rozrywkowego programu. Ostatnio popularność zyskał stand up, od wielu lat w naszym kraju istnieje potężny ruch kabaretowy... Widocznie ludzie tego potrzebują. Kabaretowe występy są najprostszą formą oceny. Nikogo nie można zmusić, żeby obejrzał taki występ. Skoro ludzie kupują bilety, to znaczy, że im się to podoba. Jeśli kabaret nie spełnia ich oczekiwań, to obejrzą go raz, może dadzą drugą szansę, ale trzeci raz już nie przyjdą. Moim zdaniem ludzie zawsze potrzebują uśmiechu; bez względu na sytuację, w jakiej się znajdują.

Poczucie humoru pomaga Panu prywatnym życiu?

Oczywiście, że tak! Wolę się śmiać niż denerwować. Wiem, że nie zawsze tak można, bo zdarzają się sytuacje, kiedy człowieka coś zestresuje. Jednak jeśli mogę wybrać nerwy lub śmiech, to wolę się uśmiać. Są rzeczy, na które nie mam wpływu i moja reakcja nic nie zmieni. Po co ja będę tracił energię na nerwy? I tak już mam jej niewiele (śmiech).

Oprócz poczucia humoru ma Pan olbrzymi dystans do siebie.

Uważam, że człowiek, który wychodzi na scenę i próbuje rozbawić ludzi, a sam nie ma dystansu do siebie, to jakaś tragedia. Z tym, że zazwyczaj jest to tragedia krótkotrwała, bo publiczność od razu wyczuwa fałsz. Bez dystansu do siebie nie ma po co wychodzić na scenę. Widziałem w życiu parę osób, które zajmują się rozrywką, a samych siebie traktują bardzo poważnie. Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że można stracić ten dystans. (…)Wolałbym, żeby u mnie coś takiego nie nastąpiło. A jeżeli nastąpi, to żeby ktoś życzliwy mi o tym powiedział. Zdążyłbym wtedy uciec, zanim ludzie się przekonają, że facet, który kiedyś był zabawny, teraz jest żałosny. To jest trudna sytuacja. Ludzie klaszczą, cieszą się, gratulują... Łatwo się w tym zatracić. Wojciech Młynarski ładnie określił, że kiedy człowiek wychodzi na scenę, to łatwo mu zakochać się w sobie z wzajemnością. Trzeba uważać na taki stan.

Fot. Honorata KarapudaJuż po przeczytaniu jednego czy dwóch artykułów związanych z Panem, rzuca się w oczy określenie "człowiek multimedialny".

Ktoś użył takiego sformułowania, zaczęło ono funkcjonować w Internecie i już tak to do mnie przylgnęło. Nie wiem do końca, co miał na myśli ten, który to wymyślił. Ja rozumiem, że jest to człowiek, który pojawia się wszędzie i strach otworzyć lodówkę, żeby z niej nie wyskoczył. Rzeczywiście trochę tego jest: radio, telewizja, pisuje do gazet, jestem w Internecie... I tym moim zdaniem jest ta multimedialność.

Z czego to wynika? Dostaje Pan tyle propozycji czy w tym zawodzie jest to koniecznością?

Wiem, że brzmi to jak kokieteria, ale w tym zawodzie trzeba mieć szczęście. Talent, umiejętności i pracowitość są na drugim miejscu. Są ludzie obdarzeni nieprawdopodobnym talentem, którzy nigdy w życiu nie będą mieli szansy się pokazać. (…) Nie znajdą się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu, czasem nie zainteresuje się nimi ktoś, kto powinien. Ja w tym, co robię, miałem mnóstwo szczęścia; przede wszystkim szczęścia do ludzi. Bo to jest tutaj najważniejsze. Ludzi, którzy albo mnie nakierowali, zwrócili mi na coś uwagę, albo chcieli mnie komuś pokazać. To żadne moje przemyślane działanie. Nie robię planów, że w danym roku dokonam tego, a w następnym tamtego... Daję się nieść i szczęśliwie niesie mnie w dobre strony. Bardzo mnie to cieszy.

Fot. Honorata KarapudaChciałabym jeszcze zapytać o radio. Bardzo długo jest Pan związany z jedną rozgłośnią, a to rzadko się zdarza w tych czasach.

Trójka to specyficzna rozgłośnia: jak ktoś się z nią zwiąże, to nie wyobraża sobie, że może  odejść. Minęło już ponad dwadzieścia lat mojej pracy. Oczywiście jak tam przyszedłem, to nie spodziewałem się, że zostanę tak długo. Lubię to radio i ludzi, z którymi pracuję. Mam nadzieję, że jeszcze trochę to potrwa.

Rozmawiałam kiedyś z Marzeną Chełminiak i ona powiedziała, że radiowcy zawsze potrafią znaleźć wspólny język.

To prawda; jak ktoś złapał bakcyla radia, to łatwo mi się z nim dogadać. Człowiek od razu się rozczula, jak wie, że rozmawia z drugim radiowcem. (…)  Łączy nas nie tylko praca! Można powiedzieć, że mamy wspólne przeżycia. Właśnie tak nawiązały się moje przyjaźnie z Marią Czubaszek i Stefanią Grodzieńską. Stefania, kiedy usłyszała, że ja pracuję w radiu, to się rozmarzyła i od razu zaczęła wspominać swoją pracę. Szybko zaczęło się nam dobrze rozmawiać.

Wcześniej pytałam, co sądzi Pan o scenie rozrywkowej, a teraz zapytam, co sądzi Pan o młodych dziennikarzach?

Zastanawiałem się czasami, czy młodzi mają teraz łatwiej czy gorzej niż my. W przypadku mojego dziennikarstwa także trafiłem na świetny moment. Zaczynałem studiować w momencie, kiedy padł stary system i tworzyły się nowe media. Wydział dziennikarstwa w Warszawie, na którym studiowałem, był wtedy jedynym w kraju. Naturalnym było, że ludzie, którzy chcieli tworzyć nową telewizję, gazetę czy radio, przychodzili do nas i wśród studentów szukali chętnych do pracy. Na drugim roku prawie wszyscy gdzieś pracowaliśmy. Z drugiej strony telewizja była tylko jedna, miała dwa programy, przez co nie potrzebowali mnóstwa ludzi. Teraz z kolei jest wiele uczelni, które kształcą na wydziałach dziennikarskich, Internet daje tysiące możliwości... Ja wiem, że to często trudno jest  znaleźć swoje miejsce i móc robić to, co się lubi. Jak ktoś złapał bakcyla i wie, że chce być dziennikarzem, to nie będzie już robił niczego innego. Będzie próbował, próbował, aż w końcu się uda..

Wspomniał Pan, że skończył dziennikarstwo. Teraz warto studiować ten kierunek?

Zawsze odpowiadam, że dziennikarstwo warto studiować wtedy, jeżeli ktoś ze stuprocentową pewnością wie, że to jest coś, co będzie robił w życiu. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to ja radziłbym wybrać coś innego. Po weterynarii, prawie, medycynie czy teologii można być dziennikarzem. Natomiast weterynarzem po dziennikarstwie już być nie można. Jeśli ktoś wie, że to jest jego żywioł, że chce się temu poświęcić, to jest to dobry kierunek, który szybko uczy rzemiosła. A tego nie uczy się na studiach, siedząc w ławkach i ucząc się komunikowania masowego czy polskiego systemu prasowego. Dziennikarstwa trzeba uczyć się w boju. Przynajmniej za moich czasów studia dziennikarskie to umożliwiały. Nasi profesorowie kazali nam szukać pracy w redakcjach, bo tylko tak można uczyć się tego zawodu.

I z obecnej perspektywy było warto?

Oczywiście! To, że trafiłem na te studia w tym czasie i z tymi ludźmi, to również jest dla mnie szczęśliwy traf.

Fot. Honorata KarapudaDzisiaj po raz drugi widziałam Pana recital w Sopocie podczas tegorocznego Lata Teatralnego. Publiczność Pana uwielbia.

I z wzajemnością! Ja czuję jakiś rodzaj zakłopotania, jak wiem, że ludzie przychodzą i wydają pieniądze, żeby spotkać się ze mną. Z drugiej strony jest to wielka przyjemność, że chcą posłuchać, co ten facet wymyślił, co ma do powiedzenia. Takie spotkania od razu mają inny charakter. Prowadzę koncerty i kabarety, gdzie występuje pięciu czy sześciu artystów. Wtedy wygląda to troszkę inaczej. Każdy przyszedł na kogoś innego i jednemu podoba się bardziej, a drugiemu mniej. A tutaj jest prosta sprawa. Mam nadzieję, że nikt nikogo nie zmuszał, że wszyscy przyszli z własnej woli. Dużo przyjemniej występuje się w takich okolicznościach.

Z pewnością czuje się Pan szczęśliwy, widząc takie reakcje.

Oczywiście, że tak! To jest kolejny etap szczęścia z tych kilku, które już tutaj wymieniłem.

 

fot. Honorata Karapuda