perspektywy

wywiady

Wierzę w teatr - wywiad z Maciejem Półtorakiem


fot. Monika Goldszmidt Trojmiasto.pl

W tym miejscu powinna pojawić się „zajawka” rozmowy. Tylko co mogę napisać? Wywiad jest swoistą przebieżką po artystycznym dorobku Macieja Półtoraka. Pojawi się wątek niezapomnianej „Znikomości”. Monodramu o młodym człowieku, który zabił nauczycieli oraz uczniów ze swojej szkoły, a następnie popełnił samobójstwo. Będzie o spektaklu „Superman nie żyje” i o „Hamlecie”. O Piwnicy pod Baranami i Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Nie zabraknie też kilku(dziesięciu) słów o filmie „Smoleńsk”. Uff... zapraszam do lektury!  

fot. Monika Goldszmidt Trojmiasto.pl

Na przestrzeni wieków powstało mnóstwo ponadczasowych dzieł, ale to „Hamlet” nadal pozostaje marzeniem aktorów.

Czuję się doceniony, że reżyser André Hübner-Ochodlo powierzył mi rolę Hamleta. Z André znamy się od ładnych paru lat, to był już nasz kolejny wspólnie zrealizowany tytuł. Ochodlo zawsze współpracuje z kompozytorem Adamem Żuchowskim. Trzy lata wcześniej przygotowaliśmy spektakl „Superman nie żyje” dla Teatru Atelier w Sopocie. Grałem tam z Martą Honzatko (żona aktora – przyp. red.) i tancerzem Jackiem Krawczykiem. To był kompletnie „odjechany”, współczesny spektakl. André mówił, że bez Supermana nie byłoby Hamleta. Rzeczywiście, przedstawienia są bardzo podobne pod względem scenograficznym; wykorzystaliśmy nawet ten sam stół.

 

Oba spektakle były wystawiane w Sopocie. Ludzie przyjeżdżają na wakacje, a Teatr Atelier proponuje im wymagający repertuar. Trudno się tam gra?

Ochodlo nie idzie z prądem. Od wielu lat jego teatr działa tylko w letnim sezonie, więc mógłby zaproponować wakacyjny repertuar. André realizuje jednak swoje wizje i nie próbuje przypodobać się widzom. To jest godne pochwały, choć pewnie skutkiem jego decyzji są mniejsze zyski. Bez wątpienia w Sopocie jest inna publiczność; są wakacje, scena znajduje się na plaży... Mimo to ludzie przychodzą do tego teatru. André lubi ciężki kaliber. Jego spektakle nie zawsze są łatwe do przyjęcia w naszej polskiej świadomości. Tu pojawia się ciekawe zderzenie: André jest Niemcem, który od dawna mieszka w Polsce, a oprócz tego często reżyseruje w Czechach. Posługuje się kilkoma językami. Przy realizacji „Hamleta” korzystaliśmy z przekładu Jerzego Sity. Wyboru dokonał kompozytor; jego zdaniem ten tekst był najbardziej muzyczny. André korzystał z egzemplarzy w kilku językach. Przy wszelkich wątpliwościach mogliśmy zderzyć nasze tłumaczenie z inną wersją językową.

Hamlet

Pomimo barier kulturowych Ochodlo potrafi zachwycić każdą publiczność. Jak mu się to udaje?

Jego spektakle są uniwersalne. Bardzo pomocny jest fakt, że André z wykształcenia jest psychologiem. Potrafi pójść na kompromis, nie generuje konfliktów. Umie przełamać opór aktora, a przy okazji osiągnąć maksimum ze swoich założeń. Jest też otwarty na pomysły innych – wysłuchuje spontanicznych wypowiedzi i bierze z nich to co najlepsze. Nie spotkałem drugiego reżysera, który pracowałby w ten sposób.

 

To prawda, że Andre Ochodlo sam robi scenografię do przedstawień?

Tak, to też jest bardzo istotne. André lubi „cytować” swoje scenografie w kolejnych spektaklach, zatem w każdym następnym pojawia się fragment poprzedniego przedstawienia. Już na pierwszym etapie prób André przedstawia aktorom plan scenografii. To rzadko spotykany komfort pracy.

 

Komfort pracy towarzyszył także przy tworzeniu „Hamleta”?

Przy każdej dużej roli pojawiają się obawy. A Hamlet to już prawdziwe wyzwanie! Dotychczas zrealizowano wiele genialnych interpretacji. Niestety tych totalnie nietrafionych i złych było jeszcze więcej. Cieszę się, ponieważ uważam, że my odnieśliśmy sukces. Fundamentalnym założeniem Ochodlo były śpiewane monologi Hamleta. Początkowo uważałem, że jest to niewykonalne. Przypuszczałem, że wyjdzie z tego musical! A jednak André miał wszystko dobrze przemyślane. Jego koncepcja świetnie się sprawdza, a najlepszą recenzją są reakcje publiczności. 

Hamlet

André Ochodlo reżyserował również „Znikomość”. Monodram wróci na scenę?

W 2014 roku próbowaliśmy przywrócić spektakl. W Mińsku Mazowieckim odbywa się Festiwal Piotra Skrzyneckiego. Zawsze jeden z artystów piwnicznych (występujących w Piwnicy Pod Baranami – przyp. red.) prezentuje wtedy swój recital bądź monodram. Pojawił się pomysł, abym 20 listopada zagrał tam „Znikomość”. Był to magiczny termin, ponieważ owa data stanowi jeden z podtytułów monodramu. Niestety ze względów technicznych i organizacyjnych nie udało się, a później plany się rozmyły. Sam jestem ciekaw, jak wyglądałby powrót do tego tytułu. Zmieniłem się przez te lata, więc spektakl na pewno byłby nieco inny.

 

Powrót wiąże się zapewne z przypomnieniem obszernego tekstu.

Podczas realizowania nagrań do „Hamleta” czekaliśmy na coś dłuższą chwilę. Adam Żuchowski miał przy sobie pliki z podkładami songów ze „Znikomości”. Chcieliśmy sprawdzić, ile pamiętam. Przez prawie trzy lata nie miałem żadnej styczności z tymi tekstami, a doskonale sobie poradziłem. Pamiętałem nawet intuicyjne wejścia. Nie spodziewałem się, że aż tak głęboko mam to w pamięci.

 

Przy graniu monodramu aktor ma poukrywane na scenie „ściągi”, żeby nie zapomnieć o jakiejś partii tekstu?

Nie wiem, jak inni to robią. Ja nie miałem ściąg ani nie korzystałem z pomocy suflera. André zadbał, żeby przed premierą osadzić rytm spektaklu. Na pewnym etapie prób André pytał mnie na wyrywki z kolejności scen. W „Znikomości” mogłem samodzielnie dysponować czasem i tempem spektaklu. Jeśli wypadł mi jakiś fragment, to mogłem spokojnie to nadrobić.

Znikomość

Oprócz kreowania postaci na teatralnych deskach, grywa Pan także na dużym i małym ekranie. Wcielił się Pan w jednego z bohaterów „Smoleńska” Antoniego Krauzego. Jeszcze przed pojawieniem się zwiastuna na Filmwebie było prawie 200 wątków w komentarzach.

No tak, to bardzo atrakcyjny temat do komentowania.

 

Nie bał się Pan zaszufladkowania? Film budzi raczej negatywne emocje...

Podjęcie decyzji o zagraniu w tym filmie nie było dla mnie łatwe. Spotkałem się z wieloma bardzo zaskakującymi i przykrymi reakcjami ze strony dość bliskich mi ludzi. Pomyślałem wtedy: „dlaczego mam tego nie zagrać? przecież to mój zawód!”. Film jest wizją reżysera, a cała historia została przedstawiona z perspektywy fikcyjnej postaci. Ja trzymam kciuki. Chciałbym, żeby był jak najlepszy pod każdym względem. A jak odbiorą go ludzie? Myślę, że będzie ostro. Cieszę się, że mogłem pracować z bardzo dobrym reżyserem. Przekonania Antoniego nie są moją sprawą, choć oczywiście rozumiem aktorów, którzy odmówili udziału w filmie.

 

Między innymi odmówił Marian Opania.

Radzono mi, żebym się zastanowił, czy ten film nie złamie mojej kariery. No ale o jakiej karierze mowa? Nie przesadzajmy. Paradoksalnie szum wokół filmu może przysporzyć mojemu nazwisku większej rozpoznawalności.

fot. Monika Goldszmidt Trojmiasto.pl

Starał się Pan o angaże do krakowskich teatrów?

Jestem z Krakowa, skończyłem tam szkołę średnią, a później teatralną. Chciałem w końcu sprawdzić się na innym terenie. W Piwnicy pod Baranami poznałem ludzi, którzy pochodzą z Częstochowy. To oni zwrócili moją uwagę na Teatr Mickiewicza w Częstochowie. Traf chciał, że akurat zwalniał się etat... Później podjąłem próby rozmów z krakowskimi teatrami. To jednak, częstochowski teatr proponował mi największe możliwości rozwoju zawodowego. Mój teatr, plasuje się wysoko w moim subiektywnym rankingu teatrów w Polsce.

 

Częstochowski teatr zapewnia Panu bezpieczeństwo?

Na pewno. Mam dwoje dzieci, więc stabilizacja jest dla mnie bardzo ważna. Po kilku latach pracy zwolniłem się z teatru z powodów osobistych. Dyrekcja bardzo miło mnie potraktowała. Cały następny sezon grałem gościnnie we wszystkich tytułach, które powstały z moim udziałem. Później zaproponowano mi powrót. Do zespołu dołączyła także Marta, moja żona. Co prawda mieszkamy w Krakowie, więc czasem pojawiają się trudności logistyczne, ale warto stawiać im czoła.

fot. Monika Goldszmidt Trojmiasto.pl

Razem tworzyliście spektakl „Superman nie żyje”. Sporym zaskoczeniem było, że spektakl nie ukazał się w Częstochowie. Był zbyt wymagający?

Wszystko wskazywało na to, że zagramy „Supermana...” w częstochowskim teatrze. Może w interpretacji dyrekcji spektakl nie pasował do tutejszej sceny? Nie wiem co zaważyło na decyzji. Szkoda, bo zagraliśmy tylko 6 spektakli w Sopocie, a prace trwały dwa miesiące. Poświęciliśmy też czas naszego starszego syna, który wylądował na zesłaniu u dziadków w Zielonej Górze. „Superman...” to trudny i nowoczesny spektakl. Może był zbyt nowatorski, aby zagrać go więcej razy w naszym kraju? Myślę, że w Niemczech zostałby przyjęty o wiele lepiej.

 

O czym dokładnie był spektakl?

Podstawą tego spektaklu były postaci chłopaka i dziewczyny, którzy zakochują się w sobie. Bohaterowie pochodzą z dwóch biegunów komiksowych – jeden jest fanem Marvela, a drugi uwielbia postaci DC. Spektakl dotyczył uzależnienia od leków opioidowych, które są dostępne na recepty. W Polsce nie jest to powszechny problem, zdecydowanie głośniej jest o nim w Niemczech lub Stanach Zjednoczonych.

 

Jak gra się z żoną w tak trudnym spektaklu? W przypadku „Hemara...” pewnie nie było problemu, ale powrót do domu po próbie „Supermana...” wydaje się niezbyt prosty.

Łatwo nie było. Pojawiały się zwarcia, ale było ich dużo mniej niż zakładaliśmy. Nie wchodziliśmy sobie w drogę; czasem tylko dyskutowaliśmy o spektaklu. Z perspektywy czasu bardzo dobrze wspominam współpracę.

fot. Monika Goldszmidt Trojmiasto.pl

Wokół aktorstwa jest wiele stereotypów. Najbardziej uogólniając – jest to życiowy zawód, opłaca się być aktorem?

To zależy co rozumiemy poprzez bycie aktorem. Niestety nie każdy może wyżyć z pracy w teatrze. Ja nie zamierzałem zostać aktorem. Pochodzę z rodziny muzyków, skończyłem szkołę podstawową i średnią muzyczną. To wykształcenie bardzo pomaga mi w pracy. Teraz nadchodzi bardzo dobry czas dla teatru. Ludzie potrzebują kontaktu z drugim człowiekiem. Technologia serwuje nam przyspieszenie życia, każdy mniej lub bardziej wsiąka w wirtualny świat. W takich czasach teatr jest potrzebny. Uważam, że jeżeli będzie dalej dobrze prowadzony, to czeka go renesans. Ja wierzę w teatr.

 

Nadchodzi renesans teatru i tu rodzi się pytanie: czy on się za bardzo nie rozkręci? Spektakl „Śmierć i dziewczyna” budził ogromne kontrowersje. Istnieje jeszcze jakakolwiek granica?

Z jednej strony uważam, że władza nie powinna mieszać się w wewnętrzne decyzje programowe. Z drugiej natomiast myślę, że nie wszystko można robić za publiczne pieniądze. Łatwo wydaje się nieswoje fundusze. Trudniej byłoby podjąć takie ryzyko w przypadku prywatnego teatru. Wtedy straty pokrywa się z własnej kieszeni. Niektóre instytucje mają ogromny budżet, przez co nie zawsze dobrze dysponują pieniędzmi. W częstochowskim teatrze budżet nie jest kosmiczny, więc wszyscy liczą się z wydatkami. Pewne rozwiązania są ograniczone finansami. Szkoda, bo niektóre realizacje mogły zyskać jeszcze więcej błysku i rozmachu. Na szczęście pieniądze nie są najważniejsze. Potrzebny jest dobry zespół, pomysł, tekst oraz praca.

 

Wcześniej wspomniał Pan o tradycjach muzycznych w rodzinie. Czy przy początkach pracy w Piwnicy pojawiły się złośliwe komentarze o powiązaniach rodzinnych?

Na pewno. Zacząłem pracę w Piwnicy, kiedy od wielu lat grał tam mój ojciec; jako skrzypaczka występuje też moja siostra. Na początku tłumaczyłem wszystkim, że trafiłem do Piwnicy przez szkołę teatralną. Poniekąd pasuje do tego miejsca, wychowałem się w nim. Złośliwi zawsze będą mieli uwagi. Najważniejsze jest to, co weryfikuje scena. To, czy ktoś się nadaje, czuć w reakcjach publiczności. Cieszę się, że trafiłem do Piwnicy, bo jest to unikatowe miejsce na polskiej mapie rozrywkowej.

Tango fm

Wracając do stereotypów – środowisko aktorskie ma nieco szemraną reputację odnośnie słabości do używek.

Artyści szukają różnych odnośników, a pokus jest wiele. Toczy się bujne życie towarzyskie, ludzie spotykają się, rozmawiają, a często temu towarzyszy alkohol. Niestety uzależnienia stanowią problem, aby zachować sprawność i utrzymać się w zawodzie. Są tacy, którzy bez używek nie potrafią żyć i tworzyć. Dopóki konsekwencje uzależnień nie wchodzą na scenę, to nie jest to moja sprawa.

 

Prawdą jest, że kac pomaga?

Niektórzy mają taką filozofię, dla mnie jest to raczej forma żartu. Zmęczenie samo w sobie bywa pomocne. W szkole teatralnej po intensywnych próbach mówiliśmy: „pracujemy dalej, po co tracić takie fajne zmęczenie!”. Coś w tym jest. Wyczerpanie fizyczne jest przydatne zwłaszcza przy stawianiu pierwszych kroków w teatrze. Wtedy aktor zapomina o stresie. Łatwiej mu otworzyć się przed publicznością. Są też granice, które pozostają w człowieku na zawsze; nieważne czy jest na scenie czterdzieści lat czy cztery.

Trener życia

Podobno jest angielskie prawo, według którego aktor przez trzydziestką powinien zagrać 5 dużych ról w teatrze. W Polsce jest to możliwe?

Pięć dużych ról to sporo. Ja jeszcze tylu nie zagrałem, a już przekroczyłem trzydziestkę (śmiech). Ci, którym się to udaje, są szczęściarzami. Oczywiście sukces nie bierze się z niczego. Trzeba zapracować na powodzenie.

 

Na obecnym etapie pracy czuje się Pan spełniony ?

Spełniony, to może nie. Ale usatysfakcjonowany tak, jak najbardziej. Częstochowski teatr daje mi możliwość mierzenia się z różnorodnymi, ciekawymi rolami. Mam Piwnicę pod Baranami, grywam w serialach i filmach. Chyba jest OK. ;) Nadal marzę o wielu rolach. I wiem, że to głównie ode mnie zależy, czy spełnię swoje zawodowe pragnienia i ambicje.

Hamlet

 

Fotografie:

1) Monika Goldszmidt, www.trojmiasto.pl – spektakl „Superman nie żyje” (fot. 1,2,6,7,8)

2) Piotr Dłubak, Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie – spektakle: „Hamlet”, „Znikomość”, „Tango FM”, „Trener życia” (fot. 3,4,5, 9, 10, 11)