perspektywy

wywiady

Człowiek, który chciał zrealizować swój sen – wywiad z Michałem Wiśniewskim


fot. Andrzej Zaborowski

Zespół Ich troje i jego lidera znają wszyscy. Michał Wiśniewski od początku swojej kariery wzbudza spore emocje. Jego charakterystyczny wizerunek i oryginalne oprawy koncertów są uznawane za strzał w dziesiątkę albo totalny kicz. Od założenia Ich troje minęło 20 lat. Czy coś się zmieniło? Koncerty – choć jest już ich mniej – nadal są organizowane z pełnym rozmachem. Muzycy, tancerze, piękne stroje, mnóstwo rekwizytów, znane wszystkim przeboje... I co najważniejsze – lider w bardzo dobrej formie.

fot. Andrzej Zaborowski

Przed koncertem zastanawiam się, jakie będą stroje. Wyobraża Pan sobie koncert Ich troje bez charakterystycznych kostiumów?

Tak, jak najbardziej.

 

Odbywają się takie?

Oczywiście. Kostiumy to tylko miły dodatek. Mam nawet wrażenie, że są ważniejsze dla mnie niż dla publiczności... Wierzę, że ludzie przychodzą na nasze występy nie tylko ze względu na stroje.

 

Dążę do tego, że koncerty Ich Troje zawsze były bardzo teatralne, pełne aktorstwa, strojów... Jak wygląda sfinansowanie takiej trasy koncertowej?

Bardzo dobre pytanie. Nie żyjemy przecież w Stanach Zjednoczonych... Ja realizuję swoje hobby, a jeszcze nie miałem pasji, na której bym zarobił. Koncerty odbywają się dzięki pracy bandy pasjonatów. Charakterystyczna oprawa jest wpleciona w estetykę Ich troje. Swego czasu chciałem zrealizować pewien sen, co nie do końca się udało. Nie ma się co oszukiwać – na polskim rynku trudno prezentować duże widowiska polskich artystów i jeszcze na tym zarabiać. Jednakże ja czerpię z tego masę radości. Gram także mniejsze koncerty z piosenką poetycką. Czasem występuję solowo – wprawdzie towarzyszy mi wtedy duży skład muzyczny, ale nie ma już baletu i kostiumów.

fot. Andrzej Zaborowski

Proszę wybaczyć mi bezpośredniość – na czym dziś zarabia Michał Wiśniewski? Na tantiemach?

Dziękuję, Michał zarabia bardzo dobrze, ale poza muzycznie. Chociaż może nie... Ponarzekam. Jesteśmy przecież w Polsce, prawda?

 

Tak, trzeba narzekać.

To ponarzekam: ciężko jest, przymieram głodem... Muszę przyznać, że odpowiedź na pytanie: „czy można dzisiaj wyżyć z muzyki?” brzmi: „nie”.

 

Faktycznie – z płyt nie; jak się okazuje z koncertów również jest problem.

Na jednych koncertach jesteś do przodu, a do drugich dokładasz. Jutro gram na dużej scenie, ale bez całego entourage'u. Jeśli nie inwestuję dodatkowych pieniędzy, to zarabiamy. Przy organizacji dwudziestolecia Ich troje nie chcieliśmy rozmieniać się na drobne. Stwierdziliśmy, że nie zarobimy, ale będziemy dalej realizować siebie. A nuż kiedyś może będzie to przyciągało większe tłumy?

fot. Andrzej Zaborowski

Pierwsza płyta była zupełnie inna, pojawiła się na niej między innymi śpiewana wersja wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Powrót do takich klimatów nastąpił dopiero przy „Sweterku”. Trzeba grać komercyjnie, żeby przypodobać się szerszej publiczności?

A ja nie widzę tu żadnej komercji! Nasz pierwszy projekt był związany z Francois Villonem (w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego) oraz Teatrem Adekwatnym w Warszawie. Własną twórczość zaczęliśmy od wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej z nieco zmienionym przeze mnie tytułem. Wiąże się z tym przewrotna sytuacja. Pierwotnie wiersz był zatytułowany „Prawo nieurodzonych”. Tymczasem my chcieliśmy śpiewać o wolnej miłości bez względu na rasę, pochodzenie czy orientację. Akurat w 96. roku toczyła się debata dotycząca aborcji, więc wrzucono nas do jednego worka z jej przeciwnikami. A my śpiewaliśmy o wszystkim tylko nie o tym... Później poezja nadal przewijała się w naszych tekstach. Nie o wszystkim można natomiast napisać w liryczny sposób. Na przykład o prostych doświadczeniach czternastoletniego chłopca: jedzie na kolonie, łapię dziewczynę w pół i ma nadzieję, że zostanie pocałowany. To wszystko. Ubieranie tego w poetycką oprawę byłoby bez sensu. Można też postawić pytanie, czy fragment utworu zespołu KAT „spijam dziewczęcą krew z błony dziewiczej jak zagęszczony sok własnej czci” (przyp. red.: „Purpurowe gody”) jest liryczny? Raczej tak. Jaki ma być odbiór, a jaki miał być przekaz to zupełnie osobna dyskusja. Ja sam napisałem kilka nazbyt poetyckich utworów, które przepadły. Rozgłośnie po prostu nie chciały tego puszczać. Dzisiaj, w obronie demokracji, mieliśmy ochotę zagrać bardzo poetycki utwór „Dokąd idziesz Polsko?”. Nie chcemy jednak dzielić społeczeństwa czy manifestować naszych poglądów. Będziemy tylko obserwować... A wracając do pytania, to „Sweterek” jest ukłonem w stronę poezji. I o ile na dzień dzisiejszy z Ich troje wyżyć nie można, to z piosenki poetyckiej tym bardziej.

fot. Andrzej Zaborowski

Nie było „Dokąd idziesz Polsko?” ale było „Keine grenzen” . Wydaje mi się, ze spora część publiczności, w tym również ja, odczytała to jako nawiązanie do obecnych wydarzeń.

„Keine grenzen” to utwór, który mamy w repertuarze. W 2003 roku śpiewaliśmy go w zupełnie innym kontekście. Nie wiem nawet, czy na miejscu jest śpiewanie tego teraz. Wbrew pozorom ja nie jestem zwolennikiem uchodźców. Granice Europy a bariery kulturowe to dwie różne bajki. Wszelkie wypowiedzi z mojej strony mogą być po prostu dwuznaczne. Nie mam już zamiaru uświadamiać innym mojego punktu widzenia.

 

Pan ma słabość do wypowiadania się na gorące tematy.

Miałem.

 

Nie warto się wypowiadać, bo każda opinia zostanie ostatecznie skrytykowana?

Jeżeli ktoś mnie pyta, to odpowiadam. Sam z siebie staram się nie komentować rzeczywistości. Miejmy nadzieje, że nasza mądrość jest wynikową doświadczeń wielu ludzi. Każdy z nas ma inne przeżycia. Dowcip dialogu polega na tym, żeby spotkać się po drodze i wykorzystać te refleksje. My jesteśmy bardzo podzieleni i nie potrafimy rozmawiać. Po co więc komentować i zaogniać sytuację? Lepiej milczeć.

fot. Andrzej Zaborowski

Ostatnio było głośno o Pańskich wypowiedziach dotyczących alkoholu. Wszystko komentują portale plotkarskie, robi się niesmacznie... A na koncercie można usłyszeć wzruszające wykonanie piosenki „Nie pij tato”.

Alkohol jest dla ludzi, nie widzę w nim nic złego. Jest czas na picie i jest czas na zadumę nad tym piciem. Nie mam zamiaru nikogo umoralniać. Sam nie piję od blisko dwóch lat z przerwami, jak kończy mi się wszywka. Na koncercie usłyszałaś utwory, w których było namawianie do picia („Babski świat”), ale pojawiła się też refleksja. „Nie pij tato” to piosenka śpiewana przez każdy dom dziecka w Polsce. Dzieci trafiają tam głównie przez patologie związaną z alkoholizmem. Utwór ten jest o mnie, to refleksją nad samym sobą... Ale żebym ja teraz stał się ekspertem od wódki? W życiu! Proszę mnie z tym nie łączyć. Nie piję; będę natomiast pił, jeśli tylko będę miał na to ochotę (śmiech).

 

Zmierzając do końca, zapytam – w 2004 roku zespół zawiesił, oficjalnie zakończył, swoją działalność. I teraz, kiedy jest dwudziestolecie zespołu, czuje Pan, że powrót był dobrą decyzją?

To nie ja podjąłem decyzję o zakończeniu działalności, tylko koncern. Najprawdopodobniej ktoś wyobrażał sobie dodatkowe profity z tego tytułu... Płynęliśmy z prądem i z prądem popełniliśmy głupstwo, bo siłą rzeczy się pod tym podpisaliśmy. Już po roku wróciliśmy na rynek. Kolejne płyty sprzedane w dwustutysięcznych nakładach świadczyły, że to nie my będziemy decydować, kiedy zespół zakończy działalność tylko publiczność.

fot. Andrzej Zaborowski

 fot. Andrzej Zaborowski