perspektywy

wywiady

Sztuka rządzi się prawem gustu i wyboru – wywiad z Olgą Bończyk

Fot. Mateusz Motyczyński

Olga Bończyk – utalentowana kobieta, posiadająca niejedną pasję. Nieprzeciętna artystka, która robi to, co kocha. Śpiewa, koncertuje, unika skandali. Powszechnie kojarzona z rolą w „Na dobre i na złe”. Jednakże po przeczytaniu wielu informacji na temat Olgi Bończyk, trudno wygospodarować miejsce na pytanie o popularny serial... Zapraszam do lektury!

fot. M. Ceraficka

Jest Pani bardzo wszechstronną osobą. Jak określiłaby Pani swój zawód?

Czuję się artystką wszechstronną. Pod tą nazwą można zawrzeć bardzo wiele – śpiewanie, granie przed kamerą i na scenie teatralnej, gotowanie, malowanie... Wszystko, co jest tworzone w głowie, a potem zostaje przelane w słowo, dźwięk czy też na płótno. Myślę, że to określenie jest najwłaściwsze.

Jako młoda osoba przeprowadziła się Pani z Wrocławia do Warszawy. Ponadto wyszła Pani za mąż i zmieniła nazwisko. Skąd odwaga, by zacząć budować swoje artystyczne „ja” od nowa?

Dobrze to pani ujęła. Mieszkając we Wrocławiu, zdążyłam już dość porządnie „zbudować” swoje panieńskie nazwisko. Podczas studiów śpiewałam w zespole Spirituals Singers Band. We wrocławskim środowisku jazzowym byłam rozpoznawalna i coś znaczyłam. Wyjazd do Warszawy, nowe nazwisko i próba rozpoczęcia wszystkiego od zera niektórym wydawała się szaleństwem. Mówiono mi, że odcinam się od dobrze zbudowanych fundamentów. Jednakże ja uważałam inaczej – jeśli rzeczywiście jestem coś warta, to czy z takim czy z innym nazwiskiem, dam sobie radę. Zaczęłam swoją drogę od nowa i na szczęście udało się. W pamięć widzów i słuchaczy wpisałam się jako Olga Bończyk. Oczywiście dzisiaj już nie zmieniłabym nazwiska (śmiech). Tamta zmiana jednak pokazała mi, że na każdym etapie można zacząć wszystko od nowa. 

Fot. Mateusz Motyczyński
Tworzy Pani muzykę, z którą dość trudno przebić się na rynku. Jakość artystyczna jest ważniejsza niż korzyści finansowe?

Mój serdeczny kolega biznesmen kiedyś powiedział: „ gdy w życiu robisz to, co kochasz najbardziej, pieniądze przychodzą same”. I trudno się z tym nie zgodzić. Choć reprezentuję twórców niszowych, to nigdy nie narzekałam na brak propozycji zawodowych, co pozwala wierzyć, że nawet na sztukę mniej komercyjną jest popyt. Mam świadomość, że znacznie łatwiej jest schlebiać „taniej i łatwej rozrywce”. Wciąż jednak wielu odbiorców ceni dobrą muzykę czy spektakle i nie brakuje osób, które chętnie kupią bilet na wartościową sztukę. Może o artystach reprezentujących wyższy poziom nie słychać w mediach. Proszę mi jednak wierzyć, że jest zapotrzebowanie i na takich twórców. Dlatego nie martwię się, że zabraknie dla mnie pracy.

Powiedziała Pani o „taniej i prostej rozrywce”, ale chyba nie chciałaby Pani krytykować tego, co reprezentuje niższy poziom artystyczny?

Wręcz przeciwnie! Szanuję wszystkich artystów, którzy uczciwie wykonują swoją pracę. To, że ich twórczość zadowala nieco skromniejsze gusta, wcale nie oznacza, że jest gorsza. Trzeba zauważyć, że to właśnie artyści, których muzyka jest nie do końca spójna z moim postrzeganiem sztuki, sprzedają tysiące płyt. Ja sprzedałam ich bez porównania mniej. Wspaniale, że są ludzie, którzy zadowalają gusta niemal wszystkich Polaków. Ktoś to musi robić! A to też jest fajna praca. Nie ma nic piękniejszego niż uczucie szczęścia i spełnienia. Właśnie to czuję, kiedy stoję na scenie. Jeśli ktoś ma podobnie, to znaczy, ze jesteśmy na tym samym miejscu. Na szczęście sztuka jest tak cudnym zjawiskiem, że rządzi się prawem gustu i wyboru. Ja wybieram muzykę trochę trudniejszą, ale szanuję każdego artystę, który potrafi komunikować się z publicznością i otrzymuje jej uznanie. 

Fot. Mateusz MotyczyńskiPani jest bardzo dobrze przygotowana do swojej pracy. Wiele lat spędziła Pani w szkole muzycznej. Zapewne ten okres wiąże się z wieloma korzyściami, ale i stratami. Jaki jest ostateczny bilans?

Zdecydowanie na plus! Powtarzam, że jestem ogromną szczęściarą, bo mogę robić to, co kocham najbardziej – śpiewam, gram w teatrze... Marzyłam, żeby mieć swoją publiczność, nagrywać płyty. A teraz nawet mi za to płacą! Może być coś piękniejszego? Jednak czasami, w chwilach zwątpienia, zastanawiam się, czy to rozsądne, aby w wykonywać mój zawód w dzisiejszych czasach. Oczywiście często zastanawiam się, czy powinnam jeszcze wykonywać ten zawód. Potem jednak los podsyła mi jakiś fajny projekt i natychmiast zapominam o rozterkach. Nic nie sprawia mi większej przyjemności niż praca na scenie. 

Zajmowała się Pani również dubbingiem. Jest to swoista forma sprawdzianu umiejętności aktorskich?

Pomimo, że dubbing wiąże się najczęściej z filmami dla dzieci, to jest bardzo trudną pracą. Nie każdy aktor się w tym odnajduje. Trzeba wielu miesięcy – jeśli nie lat pracy – aby zdobyć pełny warsztat dubbingowy. Niejeden znakomity aktor teatralny czy filmowy zwyczajnie się poddał. Ja szczęśliwie chyba dość szybko opanowałam tę sztukę. Dubbing jest fantastyczną pracą – nieprawdopodobnie rozwija warsztat aktorski. Trzeba stworzyć wiarygodną postać, wykorzystując jedynie swój głos. Artysta przecież nie ma do dyspozycji kostiumu, rekwizytów, muzyki, światła, partnerów...

fot. M. CerafickaZalicza się Pani do tych osób publicznych, które potrafią znaleźć złoty środek – mówi Pani o swoim życiu prywatnym, ale Pani kariera nie opiera się jedynie na jego podstawie...

Nie da się zupełnie ukryć życia osobistego. Staram się strzec swojej prywatności, ale niektóre informacje nie są żadną tajemnicą – to skąd pochodzę, gdzie się uczyłam, kim są moi rodzice... Wszystko to pokazuje, jakie są moje fundamenty. Nie chcę jednak, aby ktoś niepowołany „wchodził” w moje życie. To jest mój wybór. Nie chcę uczestniczyć w rozgrywkach na Plotku czy Kozaczku. Nie jestem fanką tychże portali, w związku z czym wolałabym, aby na ich łamach nie było informacji na mój temat. Są artyści, którzy uważają, że takie strony pomagają tworzyć medialny wizerunek – skoro się o nich mówi, to „istnieją”. Ja konsekwentnie twierdzę, że to moja praca i jej wyniki świadczą o mnie. Uciekam spod obstrzału paparazzi, bo ta forma autoreklamy mnie nie interesuje.

Jest Pani bardzo pozytywnie odbierana przez publiczność. Czemu Pani to zawdzięcza?

Moje życie nie jest pełne skandali. Nie uczestniczę w historyjkach, które burzą krew w żyłach przeciętnemu Polakowi. Dostępna (w sensie informacyjnym) część mojego życia jest dość nudna. Jestem uczciwa, wiodę stabilne, normalne życie. Trzy lata temu dostałam nawet statuetkę przyznawaną przez pismo „Forbes”, co było dla mnie dużym zaskoczeniem. Gazeta co roku sporządza ranking osób godnych zaufania publicznego. Są wśród nich m.in. lekarze, adwokaci, architekci czy aktorzy. Polscy czytelnicy przyznali mojej skromnej osobie Grand Prix. Moja branża jest plastikowo-kolorowa, trochę nieprawdziwa. Tym bardziej mi miło, że jestem traktowana jako wiarygodna osoba. Jestem dumna z tej statuetki. 

fot. M. CerafickaZapewne jak każdy artysta chce się Pani nadal rozwijać. Ma Pani jeszcze jakieś olbrzymie marzenie, czy też jest Pani zadowolona ze swoich osiągnięć?

Na dobrą sprawę spełniłam już wszystkie swoje marzenia. Gdybym dzisiaj zakończyła swoją karierę i przeniosła się na drugą stronę tęczy, to w zasadzie nie miałabym pretensji do Pana Boga. Otrzymałam od losu wiele wspaniałych rzeczy, spotkałam tylu pięknych ludzi... Nie mam już pazerności na sukcesy, dzięki czemu milej mi się żyje oraz realizuje następne projekty. Kiedyś chciałam jeszcze zagrać w filmie, teatrze, zrobić to czy tamto... Teraz, uczciwie muszę przyznać, że wiele osiągnęłam. No oczywiście nie mam Oscara, ale trzeba postawić pytanie: czy ja go muszę zdobyć? Jestem szczęśliwa. Każdy kolejny udany projekt traktuję jako ekstra bonus od Pana Boga.

fot. M. Ceraficka

fot. M. Ceraficka

fot. M. Ceraficka oraz M. Motyczyński