perspektywy

wywiady

Jak nie spróbuję, to zwariuję – wywiad z Katarzyną Pakosińską cz.2.

fot. J. Respondek

Powiedziała Pani kiedyś: „u mnie wszystko musi być na sto procent – dom, praca i wygląd”. Bardzo idealistyczne podejście do życia...

Wciąż jestem idealistką i bujam w chmurach. Wiem, że jestem już po czterdziestce i powinnam się trochę opanować. Na szczęście mam zdolność wymazywania złych wspomnień. Nie chcę, aby mnie obciążały. Negatywne emocje są jak kamienie u szyi, nie pozwalają nam dalej pofrunąć. A ja chcę latać! I otwierać kolejne drzwi. Często słyszę: „Pakosa nie może się odnaleźć po odejściu z kabaretu”... Czasy Moralnego Niepokoju były cudownymi latami mojego życia. Jednak kabaret był też dla mnie klatką, oczywiście pozytywną. Wiele form było dla mnie niedostępnych, ponieważ nie miałam wystarczająco dużo czasu. Teraz wróciłam do teatru, za którym przez tyle lat tęskniłam. Nie postawiłam jeszcze kropki nad i, dlatego zapowiadam, że będę wyczyniała jeszcze parę harców na mojej drodze (śmiech).

fot. J. RespondekCzytałam, że w prywatnym życiu nie jest Pani osobą, która nieustannie odpowiada dowcipy i rozśmiesza innych. Pomyślała Pani kiedyś, że ludzie bywają rozczarowani Pani naturalnym, prywatnym stylem bycia?

Podczas próby przed dzisiejszym koncertem (przyp. red. w ramach Festiwalu Retro w Częstochowie) spotkałam mojego kolegę, którego poznałam 20 lat temu. Podsumował mnie następującymi słowami: „ona jest takim szaleńcem na co dzień.” Bardzo lubię takie spotkania. W Częstochowie panuje fantastyczna atmosfera; podobna do tego, co zaznałam w Gruzji – wszyscy są razem, jest wesoło. Świetnie się tutaj czuję. Jestem bardzo otwarta i uśmiechnięta, ale nie opowiadam dowcipów – nie umiem, nie pamiętam, nie lubię. Na co dzień wolę pobyć sama ze sobą. Często zaszywam się gdzieś z fajną książką lub muzyką. Jestem pogodna, ale daleko mi do „świszczypołka” rodem z kabaretu.

fot. J. RespondekMam wrażenie, że jest Pani jedną z tych aktorek, której „zagotowanie się” na scenie budzi ogromną radość u publiczności. Jest wręcz pożądane przez widzów...

Mniej przez kolegów na scenie!

Uważa Pani takie momenty za nieprofesjonalne wpadki?

Trzeba to kontrolować. Nawet ja, wariat, zdaję sobie sprawę, że nie zawsze mogę iść w tym kierunku. Czuję, kiedy publiczność jest ze mną. Gdy moi partnerzy wystawią mi piłkę – bo oni wiedzą, że mi to zrobią (śmiech) – to nie mam zahamowań. Najczęściej zdarzało się to w Moralnym Niepokoju. Teraz gram w dwóch spektaklach o komediowy zabarwieniu. W „Małżeńskim Rajdzie Dakar” pracuję z Mirkiem Zbrojewiczem, którego absolutnie „skabareciłam” (śmiech). Jak on mawia – „uwielbia moje wrotki”. Aktorzy, których spotykam na swojej drodze są zdziwieni, co ja wyprawiam (śmiech). Lubię grać również z Samborem Czarnotą, który okazał się pojętnym uczniem. Stworzyliśmy razem dwa skecze. Fajnie, że udaje mi się zarażać innych. Czuję się nieco jak nauczyciel (śmiech). Często młodsi zwracają się do mnie: „proszę pani”, więc myślę: aha, już jestem po drugiej stronie.

fot. J. RespondekDzięki pracy w kabarecie jest Pani popularna w przeróżnych środowiskach. Zdarza się, że fani przekraczają pewne granice? Zachowują się w sposób nachalny?

Zazwyczaj spotykam się z miłymi sytuacjami. Nie mam problemu z osobami, które zachowują się elegancko. Ludzie proszą o wspólne zdjęcie, czasem chcą się przytulić. Jednakże kilka razy znalazłam się w nieprzyjemnej sytuacji. Sposób, w jaki odbierają mnie ludzie, sprawia, że czasem zapominają oni o granicach. W momencie, gdy pewne bariery zostają przekroczone, czuję się lekko zakłopotana. Pojawia się problem, jak powiedzieć: stop, przekroczył pan – bo zazwyczaj jest to pan (śmiech) – pewne granice. Bardzo tęsknię za klasą i wdziękiem. Często się je traci, a dzieje się tak nie tylko z powodu alkoholu. Na szczęście większość spotkań z publicznością odbywa się w sympatycznej atmosferze. Takie chwile uskrzydlają.

Niedawno rozpoczęła Pani swoją współpracę w zespołem Leszcze. Zamierza Pani skupić się głównie na śpiewie?

Przede wszystkim nie zdjęłam jeszcze butów kabaretowych. Wszystkie projekty, w jakich się pojawiam, są z nimi związane. Mogę wykorzystać swoje doświadczenie i wnieść coś nowego nawet do teatru. Muszę się jednak bardzo pilnować, bo jest to zupełnie inna forma niż kabaret. Cieszę się, że mam możliwość poszerzania horyzontów. Nie mogę nazwać siebie wokalistką, ponieważ nigdy nie kształciłam profesjonalnie śpiewu. Przez rok śpiewałam w kościele. W „nastolatkowie” miałam własny zespół rockowy. Przypominałam trochę Anję Orthodox. Jako uczennica Plastyka, musiałam się oryginalnie ubierać. Nosiłam jakieś czarne szmaty z piórami (śmiech). Zdarzało nam się szarpać druty zębami. Mieliśmy też jedną piosenkę napisaną na podstawie wiersza Ewy Lipskiej. Nie chcę mówić, że w Leszczach występuję jako wokalistka. Wolę określenie „artystka kabaretowa”. Prowadzę monologi, gram scenki, do których zapraszam zespół. To wszystko składa się na nową formę, która bardziej niż koncert przypomina widowisko. Chociaż oczywiście w półtoragodzinnym programie wykonujemy 14 piosenek. Widzę, że chłopakom świecą się oczy, publiczność fajnie się bawi, więc zaangażuję się w tę muzyczną przygodę.

fot. J. RespondekOsiągnęła Pani bardzo wiele, udziela się na różnych płaszczyznach. Uważa się Pani za kobietę sukcesu?

Kobieta sukcesu... Ostatnio jeden z moich przyjaciół powiedział: „Kaśka, ty to jesteś spełniona baba!”. I muszę odpowiedzieć, że faktycznie taka jestem. Nie mogę na nic narzekać – zdrowie mi dopisuje, mam cudowną rodzinę, prędzej czy później spełniam swoje marzenia. Nadal intensywnie marzę. Kiedy przestanę, to zacznę pakować walizki. Nadal utrzymuję moje zainteresowanie światem, spotykam wiele osób, dużo czytam, oglądam... Czasem mam wrażenie, że wszystko zaczynam od nowa. Chyba po przekroczeniu magicznej czterdziestki coś pęka w życiu kobiety. Stajemy się bardziej świadome. Mamy jeszcze tyle siły i energii! Coś nas niesie. Może zapeszę, ale powiem na głos: tak, jestem spełniona (śmiech). Mam jeszcze ciche marzenia, ale wierzę, że wkrótce się spełnią.

Wydaje mi się, że jest Pani bardzo szczęśliwa. Stara się Pani zarażać swoją radością innych?

Jasne, że tak! Często słyszę: jakoś mi przy tobie jaśniej (śmiech)! Zatem coś działam. Może dostałam jakiś dar? Wiele razy chciałam się wycofać. Pochodzę z rodziny umysłów ścisłych – naukowcy, doktorzy... Oni kompletnie nie rozumieją, czym ja się zajmuję. Może powinnam robić coś konkretnego? A tak na scenie? Co to w ogóle jest? I do kiedy chcę tak skakać? (śmiech) Mam nadzieję, że nie zakopałam w ziemi swojego talentu. Staram się wszystkiego próbować. Mogę się pomylić, ale jak nie spróbuję, to zwariuję! (śmiech)

wczestochowie.plBardzo przyjemnie się z Panią rozmawia.

Dzięki.

Odnoszę wrażenie, że jest Pani gadułą. Nie ma Pani wrażenia, że czasem powie dziennikarzom za dużo?

Oczywiście, że tak. Jestem bardzo otwartą i ufną osobą. Wiele razy dostałam za to po pupie (śmiech). Nie będę się jednak zmieniać. Na ile jest to możliwe, staram się chronić moje życie prywatne. Oczywiście zawsze pojawia się cała masa plotek, ale nawet ludzie już w nie nie wierzą...

Łatwo jest być kobietą-gwiazdą w Polsce?

Gwiazdą? O to trzeba zapytać Edytę Górniak! Absolutnie nie czuję się gwiazdą. Jest normalnie. Cieszę się, że moja praca jest zauważana. Ludzie uśmiechają się na mój widok, entuzjastycznie mnie witają, kiedy wchodzę na scenę. Nadal pozostał we mnie nieśmialec, więc gdybym nie czuła akceptacji i sympatii, to nie mogłabym się dalej wspinać i frunąć. Wsparcie zawsze idzie od drugiej osoby. I ja na szczęście je mam. Amen.

wczestochowie.pl