perspektywy

wywiady

Scena kabaretowa? Absolutnie! – wywiad z Katarzyną Pakosińską cz.1.

leszcze.comUmówiłyśmy się na wywiad podczas Festiwalu Retro w mojej rodzinnej Częstochowie. Rozmawiałyśmy w hotelowej restauracji i nagle z zasłuchania wyrwał mnie kobiecy głos. Dwie panie chciały zapytać uroczą aktorkę, gdzie w okolicy znajduje się kawiarnia. W pierwszym odruchu chciałam odpowiedzieć na pytanie – wszak, to MOJE miasto! Jednakże to artystka zaczęła dokładnie tłumaczyć, jak dojść do głównej alei. Po takim spotkaniu paniom zapewne o wiele bardziej smakowała kawa. No bo któż z nas nie chciałby wskazówki od Kasi Pakosińskiej, której charakterystyczny śmiech kojarzą wszyscy Polacy? I która jest niebywałą gawędziarką...?

leszcze.com

Jest Pani absolwentką polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała Pani kiedyś w swoim zawodzie?

Nie, nigdy nie uczyłam języka polskiego, ale byłam za to nauczycielką plastyki. Szybko zdałam sobie sprawę, że nie mam smykałki nauczycielskiej. Kompletnie nie miałam posłuchu wśród młodzieży, młodsze dzieci natychmiast siadały mi na kolanach... Zdecydowałam się na specjalizację animatora kultury. Poniekąd jest to nieco związane z tym, czym zajmuję się obecnie.

W świecie mediów pojawia się bardzo dużo błędów językowych. Rażą one Panią bardziej ze względu na zdobyte wykształcenie?

Chyba nie. Zdaję sobie sprawę, że każdemu zdarza się popełnić błąd. Najczęściej wyłapuję wszelkie rusycyzmy, ale nie mam w zwyczaju poprawiać innych. Czasem w żartach wytłumaczę komuś, że stale popełnia konkretny błąd. Ale nie jestem „czepiaczem” (śmiech).

Skąd pomysł na polonistykę?

Wybór tego kierunku to dzieło przypadku. Tak naprawdę chciałam dostać się do szkoły teatralnej. Od jednego z moich profesorów usłyszałam, że kiedy stoję na scenie, to jestem widoczna. Chyba nie można niczego fajniejszego powiedzieć nastoletniej dziewczynie! I właśnie wtedy zaczęły kiełkować pierwsze marzenia o aktorstwie. Przez rok profesjonalnie przygotowywałam się do egzaminów. Niestety nie udało się. W Warszawie omsknęła mi się noga na trzecim etapie. Nie wiedzieli jak mnie zakwalifikować – ani amantka, ani charakterystyczna. W Łodzi byłam pierwsza pod kreską. Uniosłam się dumą i obrażona pojechałam z tatą do domu (śmiech). A przecież mogłam napisać odwołanie i uczyć się w tej szkole... Pewnego dnia wędrowałam z ulicy Miodowej Krakowskim Przedmieściem. Gdybym spojrzała w prawą stronę, to pewnie zdecydowałabym się na Akademię Sztuk Pięknych – rozważałam grafikę, miałam już przygotowaną teczkę. Jednakże spojrzałam w lewo (śmiech), a tam był wydział polonistyki. Siedzenie w książkach zawsze sprawiało mi przyjemność, więc uznałam, że mogę wybrać taki kierunek. 

leszcze.comPrzypuszczała Pani wtedy, że wkrótce zwiąże się z kabaretem?

Absolutnie! Byłam bardzo nieśmiałą osobą. Chciałam być krytykiem teatralnym, obserwować, oglądać... Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że to ja mogłabym stanąć na scenie. W liceum plastycznym byłam schowana za sztalugą, wyrażałam swoje emocje za pośrednictwem ołówka. Oczywiście jak każda nastoletnia dziewczyna marzyłam, by stanąć na scenie. Na studiach organizowałam przedstawienia teatralne, pisałam scenariusze. Moi koledzy komentowali to słowami: „weź, Pakosa, zajmij się czymś innym!”. Nikt nie chciał grać w moich spektaklach, więc – aby było wesoło – obsadzałam siebie i nauczycieli.

Już w wieku 19 lat występowała Pani w teatrze.

Miałam rewelacyjny start aktorski. Wojciech Siemian „wstawił” mnie, takiego nieopierzonego kurczaka, do teatru (śmiech). Występowałam w spektaklu z Andrzejem Chyrą oraz Robertem Rozmusem; przy fortepianie siedział Wojtek Kaleta. Miałam obok siebie wspaniałe osobowości, a gra w tym spektaklu była dla mnie świetną, dwuletnią szkołą. Było to przedstawienie na granicy teatru i kabaretu. Całość składała się z 16 odcinków. Jadąc na spektakl, nigdy nie wiedziałam, co zagram. To widz rzucał kostką, a ilość oczek wskazywała odcinek, który mieliśmy przedstawić. Czasami pokazywaliśmy daną scenę dwa razy – wtedy graliśmy w przyśpieszonej wersji. Podziwiałam Roberta Rozmusa i jego estradowy luz. Piękna scena miłosna, ja jestem maksymalnie skoncentrowana, aby powiedzieć do obcego faceta: „kocham cię” (śmiech)... A w tym momencie ktoś kicha! Robert się ode mnie odwraca, mówi: „na zdrowie!” i dalej gra ze mnę tę scenę. Marzyłam wtedy, by również umieć tak improwizować. Zaraz po spektaklu dostawałam pierwsze role filmowe. Był Teatr Telewizji, współpraca z Magdą Łazarkiewicz, film „Deborah” Ryszarda Brylskiego... Wszystko się nakręcało. 

leszcze.comTymczasem wkrótce powstał Kabaret Moralnego Niepokoju.

Miałam mieć zdjęcia do nowej produkcji filmowej. I właśnie w tym momencie koledzy tworzyli Moralny Niepokój. Wiedzieli, że gram w Starej Prochowni, więc zaprosili mnie na próbę. Miałam ogromny dylemat, ale wygrała intuicja i uznałam, że pójdę do chłopaków! Byłam dla nich „tą panną, co gra w profesjonalnym teatrze”. Mnie natomiast ciągnęło do jedynych pięciu chłopaków na polonistyce (śmiech). Mieliśmy zatem troszeczkę inne cele w rozpoczęciu współpracy (śmiech). Widocznie taka była moja droga.

Myślała Pani wtedy, ze ta przygoda potrwa aż 15 lat?

Absolutnie! Na początku była to dla nas zabawa. Dziekan zachęcał: „zróbcie coś, są Dni Polonistyki”. Zgodziliśmy się i tak powstał kabaret. Ale kurza stopa, kto by pomyślał, że potrwa to tyle lat?! Po skończeniu studiów każdy ruszył w swoją stronę, zajął się czymś innym. Kabaret traktowaliśmy jako zabawę. Chcieliśmy go tworzyć, tak długo jak ludzie będą mieli ochotę nas oglądać. No i się przeciągnęło. 

leszcze.comPo Pani odejściu z Kabaretu pojawiły się zarzuty, że „zamarzyła się Pani kariera solowa”, poczuła Pani możliwość rozwinięcia skrzydeł. Boi się Pani określenia „celebrytka”?

Czy ja się boję? Ja nie cierpię tego słowa! Jest ono nacechowane tak negatywnie! Początkowo mówiono o mnie: „ta śmiejąca się z kabaretu”. Po rozstaniu z moją macierzystą grupą uległo to zmianie. Aby się psychicznie podratować, wystąpiłam w „Tańcu z gwiazdami”. I wtedy zaczęło się określanie mnie mianem celebrytki. Ja bladłam, zieleniałam, włosy stawały mi dęba... Myślałam: „po tylu latach pracy?!” Kiedy ja w ogóle miałabym mieć na to czas? Przecież nie chodziłam na żadne imprezy. Byłam jeszcze młodą mamą, miałam w domu małego okruszka. Czułam się, jakby ktoś mnie obrażał. Teraz następuje już zmiana i jestem nazywana „artystką kabaretową” (śmiech). Choć wiem, że teraz każdego określa się jako celebrytę, to silnie reaguję na to słowo.

Pomimo takich określeń, powszechnie kojarzy się Pani z charakterystycznym śmiechem. Czy coś Pani przez niego straciła?

Oczywiście, że tak. Kabaret ma ogromną siłę, stąd zostałam zaszufladkowana jako osoba z estrady. Ale powalczę z tym! (śmiech) Na pewno teraz trudniej jest mi wrócić do pracy w teatrze. Widz przede wszystkim kojarzy mnie z uśmiechem. Zagranie poważnej postaci będzie dla mnie ogromnym wysiłkiem. Choć po cichu o tym marzę. Może kiedyś przyjdzie czas na inne bohaterki? Walczyłam kiedyś o bardzo głęboką, dramatyczną rolę. Wygrałam casting, a mimo to producent w ostatniej chwili powiedział: „Kasia, nie udźwigniemy tego; jest dobrze, ale widz będzie czekał, aż w końcu się uśmiechniesz”. I to był pierwszy moment, w którym zdałam sobie sprawę, jak wyraźny jest mój wizerunek. W naszym kochanym kraju uśmiech jest odbierany jako coś infantylnego, naiwnego. Nie jest też tak, że ja nie widzę otaczającej nas rzeczywistości. Dostrzegam, co się dzieje, reaguję na to, ale nadal się uśmiecham. Chcę wysyłać mój optymizm do ludzi. To jest trudna robota. Bodajże Bergson powiedział – im człowiek inteligentniejszy, tym bardziej skory do śmiechu. I tego się trzymam ! (śmiech)

leszcze.com